Jak zacząć?

26 Maj

Witajcie

Długo zastanawiałam się o czym powinna być kolejna  notka. Po dość długich rozmyślaniach postanowiłam napisać o przejściu na „zdrowy punkt widzenia”. Ćwiczenia z Shaunem T. dały mi dużo do myślenia. Codzienna aktywność fizyczna stała się wyznacznikiem dobrego dnia. Zdecydowanie wole ćwiczenia na siłowni ( nie gniewaj się Shaunt T.) a dokładniej indoor cycling w których się dosłownie zakochałam. Zajęcia na których udowadniam sobie że na prawdę mogę. Wychodząc z sali mokra jak mop mam ogromną satysfakcję że dałam radę i się nie poddałam. Nie każdego dnia udaje mi się ćwiczyć, ale kiedy już ćwiczę daję z siebie 100 % :) Jeżeli chodzi o jedzenie to nie staram się tego traktować jak rygorystycznej diety. Jem normalne, a raczej zdrowe posiłki w ciągu dnia, wypijam dużo wody niegazowanej. Muszę bardziej się postarać jeżeli chodzi o słodycze, bo niekiedy pozwalam sobie na słodkie co nieco🙂

Przejście na zdrowy punkt widzenia jest najlepszym co możemy dla siebie zrobić, by czuć się i wyglądać pięknie. Nie warto rezygnować z siebie dla niezdrowego jedzenia, przecież wiemy jak to smakuje, więc po co sobie szkodzić? Lato już prawie łapie nas za ramię, jeżeli nie czujesz się pewnie w swoim ciele, to najlepszy moment by zmienić coś w swoim życiu.

Zmiana myślenia to pierwszy krok do sukcesu. Po przeanalizowaniu swoich dotychczasowych nawyków, czas na ułożenie sobie odpowiedniej diety. Jeżeli sama/sam sobie nie poradzisz to  najlepiej skonsultować się z dietetykiem który ułoży Ci dietę to Twoich predyspozycji. Ale trzeba pamiętać że jedzenie to nie wszystko. Musisz się wspomóc aktywnością fizyczną. Jeżeli nie chcesz tracić pieniędzy na siłownię, w internecie możesz naleźć mnóstwo ćwiczeń które możesz wykonywać w domu. Możesz skusić się na ćwiczenia z Shaunem T.( polecam chociaż jest bardzo ciężko, ale kto powiedział że  będzie łatwo? ), Ewą Chodakowską czy innymi trenerami. Przed Twoją przemianą zmierz się dokładnie, zapisując ze szczegółami swoje wymiary m.in. obwód brzucha, ud, talii, klatki piersiowej. Pamiętaj także by się zważyć, ale nie rób tego obsesyjnie co dwa dni, wtedy możesz wpaść w pewnego rodzaju paranoje widząc że nie schodzisz z wagi, w takim przypadku łatwo się poddać, a tego nie chcemy. Połączenie zdrowego myślenia,jedzenia i aktywności fizycznej przyniesie z czasem zadowalające Cię rezultaty. Nie możesz się poddawać. Nie oszukujmy się, nie przybrałeś na wadze w tydzień i w tydzień się tego nie pozbędziesz. Mimo gorszych momentów nie warto rezygnować. Nie rezygnuj z czegoś tylko dla tego że wymaga czasu, czas i tak minie. Satysfakcja jaką będziesz czerpał po zrzuceniu zbędnych kilogramów jest nie do opisania. Stawiaj sobie co miesiąc nowe cele. Metoda drobnych kroczków. Nie narzucaj sobie zbyt szybkiego tempa, niech wszystko dzieje się konsekwentnie. Tylko ciężka praca przyniesie upragnione rezultaty. W internecie możesz znaleźć mnóstwo artykułów dotyczących diet czy też ćwiczeń. I najważniejsze, nigdy nie zmieniaj się dla kogoś, zawsze rób to z myślą o sobie! Na naszym blogu znajdziesz ciekawe pomysł na obiad a także kilka porad które pomogą Ci się zmienić. Ja trzymam mocno kciuki!

 A poniżej mix czterech zdjęć które są wyznacznikiem zdrowego i pięknego życia🙂

ObrazekJustyna 

 

Brak pomysłu na tytuł

21 Maj

Już dawno chciałam naskrobać coś na blogu i dodać przepisy, ale cierpię na chroniczny brak czasu połączony z lenistwem oraz tym, iż dopadł mnie Weltschmerz. 

Z racji tego, iż niebawem czekają mnie pierwsze kolokwia i egzamin, wreszcie znalazłam czas. I piszę. O czym tym razem? Nic nowego, czyli przepisy na zdrowe obiadki. W sumie gotowałam je jakieś dwa tygodnie wstecz, gdyż po Juwenaliach zostały mi 3 złote w portfelu i moje obiady wyglądały bardzo zróżnicowanie i „zdrowo” (!). Naleśniki, naleśniki i zupa owocowa przygotowana na trzy dni. (Swoją drogą bardzo dobra=D)

Ok. Nie pamiętam dokładnie jak przygotowałam te dania, ale zabawcie się w Master Chefa i wykażcie się inwencją twórczą. 

1. Lekkie spaghetti

Obrazek

Tutaj coś pamiętam. To było tak: W puszce pomidor zakupiony został, puszkę otwarłam i opróżniwszy zawartość na patelnię pokrytą teflonem (suchar: -Nie rysuj po teflonie! -Sama jesteś poteflon!), smażyłam. Dodawszy uwcześniej ugotowane w parowarze mięsiwo (w przypadku tym polędwiczki), westchnęłam czekając na gotujący się makaron. Naczekawszy się, poczęłam przyprawiać potrawę oraz pokroiłam szczypiorek, którym to, owe danie przystroiłam. Zrobiwszy zdjęcia posiłku i zasiadłszy do stołu, poczęłam konsumować wydając pomruki zadowolenia. 

Obrazek

 

2. Jajka w sosie musztardowym

Obrazek

 

Uwielbiam jajka w sosie musztardowym. Czasem z ziemniakami gotowanymi na parze a czasem z kaszą. Nie ma tutaj niczego trudnego, a sos za każdym razem robię trochę inaczej. W każdym razie najpierw wlewam odrobinę wody do garnka, dodaję pieprz ziołowy, paprykę. Następnie dolewam mleka i dodaję kilka łyżeczek musztardy. Całość gotuję, przyprawiam i w razie potrzeby zagęszczam mąką lub mączką ziemniaczaną. Tak, wiem, że nie jest to zdrowy wybór, ale kurde, wiecie jakie to jest pyszne? (Z pozdrowieniami dla p. Olgi, która wie!;))

Obrazek

 

3. Pulpeciki ryżowe z papryką i szpinakiem

Ryż gotujemy. Szpinak przyrządzamy wg uznania. Ja przygotowałam go w garnku, z odrobiną chudego twarogu, papryką konserwową, gałką muszkatołową i innymi przyprawami, które dodaję bez umiaru. Ryż mieszamy ze szpinakiem i formujemy małe kuleczki, pulpeciki. Oczywiście w zacnej książce kucharskiej wszystko wyglądało ładnie i pięknie, ale pulpeciki nie trzymały się kupy, więc dodałam do nich otręby, które nie zepsuły smaku:) Uformowane kuleczki wkładamy do parowaru na 10-15 minut i podajemy z sosem jogurtowym. 

Obrazek

 

4. Kolejna podobna, ale inna -sałatka

Obrazek

Rukola, sałata lodowa, kurczak wędzony, pomarańcza, słonecznik, ser feta i sos. Wydaje się, że nic do siebie nie pasuje, ale naprawdę jest inaczej o.O

Obrazek

Natalia.

Autostop, autostop!

13 Maj

9 dni. 20 samochodów. 17 mężczyzn, 2 pary, jedna kobieta. 16 osobowych, 4 ciężarowe. 2 500 km. 4 kraje. 8 noclegów.

Obrazek

 

Masa wspomnień.

5 stopni powyżej zera, Nati zakłada rajtuzy (jeszcze bez dziur), za nią z wielkim, ciężkim plecakiem bieży Ewelina. Obie mamy w sobie masę entuzjazmu, bo przecież można wszystko! Ponad 200 drużyn startuje razem z nami z Sopotu do Budapesztu. Para, która jako pierwsza zamelduje się na mecie otrzyma wartościowe nagrody. No, ale nie o nagrody tutaj chodzi.  

Ja i Ewelina, czyli kupa szczęścia. Nie jestem dobrym ‚mapowym’ i nigdy nie pytajcie mnie o drogę. Jednak to ja, jako bardziej zorganizowana część naszej drużyny przygotowałam mapę i plan wydostania się z Sopotu na drogę wylotową do Pruszcza Gdańskiego. I podczas, gdy 400 osób udało się na SKM, my ruszyłyśmy w przeciwną stronę. Za nami jeszcze dwóch naiwniaków. Głupi zawsze ma szczęście, a kiedy jest obok niego drugi taki głupi, to jest ekstra! Pierwszego kierowcy nie złapałyśmy. To on złapał nas. Zatrzymał się i grzecznie zapytał: „Hej dziewczęta! Wywieźć was z miasta?” „Okejos!”. 

Obrazek

Kierowcą okazał się być bloger http://autostopem-przez-zycie.pl/ (Swoją drogą, Jego rady okazały się być bardzo praktyczne. Niestety przeczytałam je dopiero po powrocie:P) Przemek podwiózł nas pod same bramki na autostradzie, mimo, iż spieszył się na obiadek do swojej babci. A ona na pewno nie mieszka przy bramkach:P  Był pierwszym człowiekiem, który pokazał, że kurde, fajni ludzie są na tym świecie! Trzymam kciuki za Twoją kolejną podróż! =) 

Przemek rzucił nam w drodze kilka ważnych porad:

– NIGDY NIE ŁAPCIE STOPA NA AUTOSTRADZIE!

– no pewnie, że nie. Oczywiście. Tak. Yhy.

– I pamiętajcie: jeśli ktoś jedzie tylko 20-70 km dalej, nie wsiadajcie. 100-200 km to minimum.

-no pewnie, okej. dzięki. zapamiętamy. jasne! 

5 minut później. Bramki. Natalia dostaje depresji, bo przecież zimno jej w tych czarnych rajtuzach.  Zatrzymuje się samochód z ludźmi zajaranymi przygodą Międzynarodowych Mistrzostw Autostopowych. 

-Dziewczynki, jedziemy tylko do Starogardu (30 km).

-Okej! Może być! Wsiadamy!  

20 minut później. ŚRODEK AUTOSTRADY. Samochody pędza 140 km/h. Zero miejsca do zatrzymania (z resztą, kto nas zauważy jadąc z taką prędkością…) 17 km do najbliższej stacji. Dlaczego nie posłuchałyśmy Przemka??? 

Kolejna depresja Natalii, która przemienia się w radość, kiedy zatrzymuje się kolejny samochód. Psychoza maniakalno-depresyjna czy coś?

Obrazek

Docieramy do Torunia z facetem, który ratuje swojego kolegę. Stamtąd docieramy do Piotrkowa Trybunalskiego, pierwszym naszym samochodem ciężarowym. Wieziemy HEMOGLOBINĘ. Taka sytuacja. W Piotrkowie Ewelina zaczepia miłego Pana, mówiąc:

-Dzień dobry. A dokąd to Pan jedzie?

-Do Częstochowy, a co?

-A możemy z Panem?

– o.O 

I tak spędzamy miło czas z Panem, który jest rozemocjonowany tym, że mijamy drużyny łapiące gdzieś po drodze stopa.

-Pierwsza dziesiątka! Na pewno! Wygracie! O boże, następni. Widziałyście, stali tam!!! Hahhaha, a wy już tutaj! 

Miły Pan załatwia nam przez CB radio transport do Katowic. Aha, zapomniałam dodać, iż wiozłyśmy mięso do Tesco.

Pan Janusz. Niewątpliwie jeden z najwspanialszych kierowców! Nawet dałyśmy mu piernika w emocjonalnym uniesieniu, a on wcale nie był dla niego.

Wiozłyśmy z nim 15 000 butelek wody do Biedronki oraz otrzymałyśmy w darze całą zgrzewkę. Niestety musiałyśmy odmówić, ze względu na brak miejsca w plecaku. Ale co wypite to nasze. No właśnie. Za dużo wypite. A my ostatni raz siku w Piotrkowie robiłyśmy. 

Katowice. Pan Janusz bardzo się starał, ale nikt dziewcząt z Katowic do Bielska Białej zabrać nie raczył. Tak więc czas opuścić miłego Pana i szwędać się po okolicznych drogach szukając transportu. 

– O nie. Nie wypuszczę was, póki nie znajdę wam bezpiecznego transportu. Jedziemy do Rudy Śląskiej i tam kogoś znajdziemy.

Ruszamy więc do magazynu biedronki, gdzie z całej Polski przywożony jest towar, a stamtąd rozwożony do małych biedroneczek. Strażnik ostrzega: 

– Was tutaj nie ma. Jest tylko kierowca, a Wy siedzicie w środku i się nie ruszacie.

– Okej, dobrze. Oczywiście. Rozumiemy. Zaczekamy.

Tak. Zaczekamy.I tak nachodzi mnie refleksja, że ludzkie potrzeby są tak proste. Albo to pić chce, albo jeść, albo spać. Więc wychodzę. Patrzę. „O jezusie”- myślę. Parking-widzę. Wielki. I wszędzie lampy. I kamery. I strażnik. I ja, której tutaj nie ma, bo przecież nie mogę tutaj być. I moja wielka potrzeba. Zakradam się w ciemny zaułek (no, okej. może nie tak bardzo ciemny, bo przecież te LAMPY!) i…

Wracam do ciężarówki. Z wielką satysfakcją oświadczam, iż tak: udało się! Zrobiłam to! Moja najprostsza potrzeba zostaje spełniona. A ile przy tym satysfakcji. Przecież w Piotrkowie ostatni raz siku robiłam.

Ps. Ewelina też się złamała. A strażnik nas nie złapał:D

Czas na kolację. Pyszne rurki z  kremem. Omnomnom. (Taki tam dietetyczny odpust, który trwa do dzisiaj). Czekamy na kolejnego kierowcę. Jedziemy z nim, super ekstra wypasioną ciężarówą. Najwyższy standard. I wieziemy produkty do Biedronki. 

Obrazek

 

Nocujemy pod namiotem, w pięknej góralskiej wiosce. Postanawiamy wstać wcześnie i ruszyć rano w drogę. Wszystko idzie zgodnie z planem, oprócz wczesnego wstania i ruszenia w drogę. Godzina 16, koniec chodzenia po górach i zajadania się pysznymi ciastami, ofiarowanymi nam w darze. Ruszamy piechotą i trochę rowerem z jednej małej wioski, do drugiej, by przedostać się do troszkę większej wioski, bezpośrednio prowadzącej na przejście graniczne ze Słowacją. Pokazujemy panu, iż nie ma włączonych świateł. Zatrzymuje się i zabiera nas do Milówki. Wychodzimy i wyjmujemy tabliczkę: ZWARDOŃ. Nie zdążyłam się ogarnąć, kiedy podjeżdża samochód. Otwieram drzwi, chcąc zapytać: „Do Zwardonia?”. Słyszę:

-Dziewczyny, jedziecie może do Budapesztu?

– o.O

Oczywiście jechałyśmy. Z przemiłym chłopakiem jadącym po znajomych na lotnisko. W dodatku posiadającym niebywały zasób wiedzy o krajach słowiańskich i zatrzymujący się w małych miasteczkach, po to, by pokazać, że ‚jest pięknie” 

Dotarłyśmy na miejsce o 22.30. Prawdopodobnie byłyśmy w pierwszej 60. lub 70., ale oczywiście nie sprawdziłyśmy. Spędziłyśmy piękne dni w Budapeszcie, gdzie poznałyśmy wspaniałych ludzi (m.in. Ankę, Martę i Michała, którzy okazali się niezawodnymi towarzyszami imprezy i chwilowej bezdomności). Ruszyłyśmy dalej. 

Obrazek

Upał. Moje opuchnięte nogi i włączający się syndrom hipochondryczny. „To na pewno zakrzepica!”

Udaje nam się złapać stopa do Gyor. Bardzo miły Pan. Rozmowny. Angielski? Nie. Niemiecki? Nie. To może rosyjski? Nie. WĘGIERSKI! 

– fohfohown  kcbzjh vfslfb veibk venbkhs hjfihrie jsfierhge osjfieg r jjsf skrjogsks ???

– Yes.

– jeeos irjfir sorhgt gsqafe afafaksgjrogr afojsaogrng?

– Yyyy. No.

– JRfoea aiaasoaj rgojzjakjgroi rsaoajor?

– Maybe. Hi hi. (Czyli nerwowy śmiech).

Ale na miejsce dotarłyśmy. Znowu otrzymałyśmy dar w postaci wody i wywiezienie poza miasto, na drogę wylotową. 

Później małymi kawałkami dotarłyśmy na Słowację, gdzie zaskoczyła nas ciemność. Postanowiłyśmy spać w domku na placu zabaw, ale po ocenie poziomu wygody, doszłyśmy do wniosku, że to nie jest najlepsze miejsce. Znalazłyśmy lepsze. Na polu. 

Kładziemy się spać. Każda z myślą, że ktoś może wejść i coś zrobić. A może dzik, albo szalony rolnik oburzony naszym obozem. Żadna nie mówi drugiej, że się boi. Toć, przecież damy radę! Budzę się słysząc krzyk Eweliny:

– AAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA!!!

Więc reaguję, jak na odważną dziewoję przystało:

– AAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA!!!!!!!!!!!!

Więc krzyczymy sobie tak razem, kilkadziesiąt sekund. Aż wreszcie pytam:

– CO jest? Co się dzieje?

– Nic. Coś mi się musiało przyśnić.

Rano docieramy do Bratysławy. Tam spotykamy Słowaka i Włocha, którzy noszą nasze ciężkie plecaki. Pokazują mapę i zabierają na piwo i piłkarzyki. Zwiedzamy Bratysławę trzy godziny w pubie, przy piwie i kanapkach. Przecież w ten sposób poznajemy ich kulturę. 

Obrazek

Potem oglądamy miasto. Całkiem fajne. Jemy lody. Całkiem dobre. Spotykamy naszych Polaków, poznanych w Budapeszcie. Całkiem fajnych. Jemy hanuszki (?). Całkiem kiepskie. Pijemy piwo czeskie. Całkiem dobre. I ruszamy dalej. Całkiem dalej. Całkiem obżarte. Całkiem bezkosztowo. Całkiem fajnie. Z NAPRAWDĘ fajnymi ludźmi.

Udaje nam się dotrzeć do Brna. Ale tylko na autostradę. A że miękko, fajnie, trawa, zielono- to postanawiamy spać. Rozbijamy namiot. Ale jakoś głośno jest. Nie wiem. Może dlatego, że ta piękna miękka trawka otoczona jest z każdej strony autostradą? 

Obrazek

Rano łapiemy transport do Pragi. Zatrzymuje się facet. Niemco-węgro-rumun. 

-Olejcie Pragę. Jedźcie ze mną do Berlina!

– Ok.

Więc olewamy i ruszamy do Berlina. Kilka godzin i jesteśmy na miejscu. Z racji tego, iż Budapeszt pochłonął nasze telefony i dowody osobiste nie mamy z nikim kontaktu od paru dni. Zgubiłyśmy też w górach mapy, adresy i takie tam pierdołki, więc nie wiemy, gdzie mieszka Daria, którą to w Berlinie odwiedzamy. Szukamy dostępu do Internetu. Ostatecznie znajdujemy, udając chętne do zakupu tabletów. 

Wszystko się udaje i trafiamy do Darii. Śmierdzące i głodne. Pożeramy wszystko, co znajduje się w zasięgu wzroku. Przerażona Daria wpada w różne dzikie szały wściekłości, ale i tak ją kochamy. 

Spędzamy dwa dni w Berlinie, gdzie średnio nam się podoba. I te ceny z kosmosu! 

Obrazek

W sobotę wracamy do domu. Łapiemy na kartkę: POLSKA. Lecim na Szczecin.

Zatrzymują się ludzie. Pytam: dokąd? Odpowiadają: do Polski! Kontynuuję: ale gdzie dokładnie? 

– Do Gorzowa! 

A to poczekamy jeszcze. Mamy dużo szcześcia, a Gorzów średnio nam po drodze. Trzy minuty później siedzimy w samochodzie do Szczecina. Na miejscu jemy loda. Wreszcie za PLN! =D

Czekamy na parkingu, w ręku trzymając kartkę WAŁCZ. ‚Średni to pomysł’ myślę. Pytamy parę siedzącą w aucie:

-Dokąd jedziecie?

-Do Gdańska. A dokąd chcecie jechać?

– Do Chojnic.

-Hmmm.

Chłopak wpisuje nazwę miejscowości w GPS, po czym mówi: 

– Okej. To tylko 70 km więcej. Wsiadajcie.

Ludzie są wspaniali. A my całe i zdrowe wracamy do domu, gdzie czekają na nas wściekli rodzice. Bo przecież nie było z nami kontaktu. Oj tam. Cejrowski też podróżuje bez telefonu ;) 

We wrześniu ruszamy w dalszą drogę. Tym razem na dłużej.

 

 

Iron Gooch

13 Maj

Wiem, że majówka skończyła się już dobry tydzień temu, ale chciałbym przedstawić Wam krótką fotoreportaż z mojego wyjazdu. Razem ze znajomymi postanowiliśmy wybrać się do oddalonej o 180 km od Płońska (miasta, z którego pochodzimy) Bęsi. Jest to niewielka miejscowość na Mazurach otoczona malowniczymi jeziorami i wzniesieniami. Wyjazd wydawać by się mógł nudny, gdyby nie to, że ja i mój znajomy Bartek postanowiliśmy wybrać się tam na rowerach, a reszta dojechała na miejsce samochodem. Tutaj należą się słowa wyjaśnienia dotyczące tytułu tego wpisu. Otóż wielogodzinna jazda na rowerze jest dosyć uciążliwa dla pewnej części ciała, którą chcieliśmy wyróżnić za wytrwałość i determinację. Mówię o Goochu (czyt. guczu), ale jako, że to jest dosyć intymna część ciała postanowiłem samemu nie wyjaśniać Wam co to jest, tylko odsyłam Was na zewnętrzną stronę (http://pl.wikipedia.org/wiki/Krocze). Tymczasem zapraszam na mój reportaż.

Obrazek

Wyjazd. Godzina 6.20. Przed nami prawie 180 km trasy. Sprzętu zbyt profesjonalnego nie posiadamy, ale z doświadczenia wiemy, że rowery które mamy w zupełności wystarczą na taką podróż. W tle płoński McDonald`s, ale na śniadanie nie wstąpiliśmy.

Obrazek

Pierwszy przystanek – Sochocin, 10 km od Płońska. Krótki przystanek na napompowanie kół na przydrożnej stacji. Tam spotkaliśmy dziwne kapsuły, które nazwaliśmy Apollo 11 i Apollo 13, a następnego dnia podobne były pokazane w telewizji, jako kapsuły, które mają zostać wykorzystane w misji na Marsa. Czyżby NASA trzymała je właśnie w Sochocinie?

Obrazek

Śniadanie w Ciechanowie, 35 km od Płońska. Nieduże miasto, więc ludzie robiący sobie zdjęcia na jego rynku wyglądali dosyć dziwnie w oczach mieszkańców, no ale trzeba było udokumentować nasz wyjazd.

Obrazek

Chwila relaksu w Szczytnie, 130 km od Płońska. Ostatni większy postój przed Bęsią. W tle najnowsza kolekcja Taniego Armaniego. W jego sklepach drogi jest tylko klient.

Obrazek

Nieprofesjonalne jedzenie banana przez Bartka. Zasady dobrego wychowania mężczyzn wyraźnie mówią, że facet nie może jeść w towarzystwie banana. Reguła złamana no i oto jakie są tego efekty.

Obrazek

Jedyna „samojebka” wyjazdu. Jesteśmy na miejscu. Czas – ponad 9 godzin jazdy. Kolana odmawiały posłuszeństwa, ale przed nami były 3 dni relaksu.

Obrazek

Na miejscu trochę studenckiego życia, ale nasz pobyt nie ograniczał się tylko do alkoholu, chociaż pogoda nas trochę do tego zmuszała. Oprócz tego pływaliśmy kajakiem, graliśmy w siatkówkę, czy grillowaliśmy. Musieliśmy nabrać sił przed powrotem.

Obrazek

Jazda powrotna była dużo bardziej intensywna. Jechało nam się świetnie i robiliśmy mało przystanków. Do Płońska jechaliśmy już tylko 7 godzin, więc jakimś sposobem nadrobiliśmy 2 godziny na samej trasie. Sami nie wiemy jak to zrobiliśmy, no ale udało się.

Obrazek

I znowu Ciechanów. Tym razem tylko krótki przystanek przed końcowym odcinkiem do Płońska.

Obrazek

Na koniec wstawiam trasę naszej wyprawy. Prawie 180 km zrobione w 7 godzin, średnia prędkość 24.35 km/h, maksymalna 53.36 km/h. Tak jak wspomniałem na początku najbardziej ucierpiały nasze Gooche, ale chwała im za to, wytrzymały.

Janek

domowe burgery

2 Maj

Witajcie kochani!

Weekend majowy rozpoczął się na dobre. Pogoda nie koniecznie nam dopisuje aczkolwiek dobre towarzystwo jest w stanie zdziałać cuda. Aktualnie urzęduję w Warszawie  z której najchętniej nigdzie bym się nie ruszała. Takie wolne od uczelni i wszystkiego jest czasem potrzebne człowiekowi dlatego ja, z tego przywileju  zamierzam  całkowicie korzystać. Pomimo tylu pyszności staram się znaleźć coś zdrowego i zarazem pysznego, dlatego też narodził się wczoraj pomysł na domowe burgery. Wiem wiem że nie są one może zbyt niskokaloryczne, ale te przyrządzone przez siebie są zdecydowanie zdrowsze , mamy wtedy kontrolę nad tym co do nich dodajemy i w jaki sposób. Podaję przepis .

składniki:

-bułka do hamburgerów

-kotlet wieprzowy ( ja wybrałam te ze świeżego mięsa które można kupić w biedronce)

– sałatka warzywna

– mozzarella

– ketchup i musztarda

– sos czosnkowy na bazie jogurtu naturalnego, czosnku i koperku

wykonanie: bułki podgrzewamy  w piekarniku, na patelni smażymy kotlety (zamiennikiem oleju jest oliwa z oliwek, dodajemy jej dosłownie odrobinę), gdy z obu stron będą dobrze wysmażone  zdejmujemy je z patelni i kładziemy na ręczniki papierowe by odsączyć nadmiar tłuszczu. Gdy bułki już się zarumienią wyjmujemy je. Po ich przekrojeniu smarujemy wewnętrzne części ketchupem i musztardą. Następnie układamy na bułce składniki według uznania, np. plasterki mozzarelli,surówka,kotlet wieprzowy i przykrywamy górną częścią bułki. I bon apetit🙂

Przepis nie jest skomplikowany ale smaczny, stanowi wspaniałą alternatywę dla kolejnego nudnego obiadu. Od czasu do czasu możemy zafundować sobie taki rarytas w postaci burgerów. Pamiętajcie  że długi weekend nie zwalnia nas od aktywności fizycznej. Zamiast autobusu czy też samochodu wybierzcie rowery lub spacery. Każda  nawet najmniejsza forma ruchu jest ważna, pamiętajcie o tym! Życzę wam aktywnego i zdrowego majowego weekendu🙂

Obrazek

Justyna

Fenoloftaleina

22 Kwi

„Tylko jedna chwila jak fenoloftaleina zabarwi dzień..”. U mnie jest jej baaaardzo dużo:) Wiele osób (a w szczególności jedna), powtarza mi, że powinnam się częściej uśmiechać. Wiem, że wyglądam wiecznie jak naburmuszona feministka, ale uśmiecham się tylko wtedy, kiedy naprawdę mam ku temu powody. A z dnia na dzień jest ich coraz więcej. Przede wszystkim wreszcie mamy wiosnę i mogę pędzić mym rowerem po Toruńskich ulicach (i chodnikach też. Przepraszam wszystkich pieszych, ale naprawdę myślę, że łatwiej jest przesunąć się odrobinę, niż mieć mnie na sumieniu, kiedy rozjedzie mnie rozpędzony samochód). Rower sprawia, że się uśmiecham. Może wyglądam głupio, gdy tak pędzę z bananem na gębie, ale myślę tylko o tym, że ludzie w samochodach narzekają na korki, piesi na ból łydek, a ja sobie wciąż pędzę i pędzę. No, okej. Myślę też o tym, czy na pewno mam powietrze w oponie. Taka fobia z dzieciństwa.

Obrazek

Elegancka Rowerowa Masa Krytyczna. Toruń, 2013.

Tak więc, gdy budzę się rano i widzę kolorowy pojazd prawie w moim łóżku to także się uśmiecham. A w ubiegłą sobotę, tj. 20.04 wybrałam się na Elegancką Rowerową Masę Krytyczną. Oczywiście nie mogło mnie tam zabraknąć! Pogoda dopisała, ludzie ubrali naprawdę eleganckie (bądź oryginalne) stroje i zabrali ze sobą pokłady energii i dobrego humoru. Ja na tę specjalną okazję wykorzystałam po raz drugi mój sylwestrowy strój w stylu lat 80.  znaleziony w sklepie z używaną odzieżą. Był naprawdę kiczowato- elegancki =) I nie dziwię się ludziom, którzy wybuchali śmiechem i spoglądali dziwnie na grupę osób wyruszającą spod akademików. Jaskrawo-różowa dziewoja w kostiumie nie z tej epoki, elegancka dama w kapeluszu a za nimi polski żołnierz i jego towarzyszka, od góry do dołu przyodziana w moro.Obrazek

Wszystko byłoby okej, gdyby nie fakt, że szczęka mnie bolała od ciągłego uśmiechu. NATURALNEGO! Towarzyszyła mi Ewelina, czyli ‚Pani z mediów”, która rozbrajała wszystkich swoim zacnym uśmiechem. 500. Tylu ludzi przejechało 14 km ulicami Torunia. Wszyscy pokazali, że można w inny sposób spędzić sobotę. I udowodnić, że naprawdę jest NAS wielu. I będzie coraz więcej! =) Tylko kierowcy samochodów jacyś tacy ponurzy. (Sama jestem posiadaczką prawa jazdy i uwielbiam jeździć autem, zwłaszcza terenowym, ale ja sobie przynajmniej śpiewam piosenki, kiedy jeżdżę. Wyglądam idiotycznie, ale na pewno nie ponuro:)).

Obrazek

źródło: http://www.obserwatortorunski.pl

Międzynarodowe Mistrzostwa Autostopowe. Sopot-Budapeszt 2013.

Kolejny powód do radości, czyli nasza autostopowa podróż! Punkty, które odwiedzimy to: poczynając od Kaszub – Brusy; Trójmiasto, cała Polska poprzez Pomorze, aż do uroczej górskiej miejscowości. Słowacja i Węgry. Tam skończymy naszą ‚konkursową część” i wyruszymy dalej odwiedzając Bratysławę, Brno, Pragę i Berlin. Stamtąd postaramy się dotrzeć w jednym kawałku na Kaszuby pokazać się Babci Jadzi, która twierdzi, że „oni cię tam ‚porwią’ w tej Europie”. Pożegnamy się z Kaszubami i postaramy dotrzeć na poniedziałkowe zajęcia. Jeśli się nie uda, nie szukajcie nas. Na pewno gdzieś tam, znalazłyśmy prawdziwe szczęście:P Albo okej. Lepiej szukajcie, bo Babcia Jadzia dużo wie.

Obrazek

Zrywam z Shaunem

Na moje szczęście (lub nieszczęście) na krótko. Ze względu na majówkowy wyjazd, jestem zmuszona odpuścić na 10 dni treningi. Tak więc moja przygoda z Shaunem nie zakończy się 12.05 a w moje urodziny (o jezusie, znowu? o.O).

Obrazek

A na dokładkę niezastąpiony Tom Waits, śpiewający piosenkę, która jest mi szczególnie bliska.

http://www.youtube.com/watch?v=KRfNj2njwTg

Do zobaczenia!

Natalia.

Jestem dumny

22 Kwi

Orlen Warsaw Marathon, który przyciągnął rekordową liczbę 27 tysięcy uczestników, był jedną z bardziej udanych imprez sportowych, w których brałem udział. Oczywiście ja koronnego dystansu 42 km nie przebiegłem, mój bieg na 10 km był wspaniały, zarówno pod względem organizacyjnym, jak i uczestników.

Obrazek

O 9.00 wszyscy uczestnicy już byli pod Stadionem Narodowym, krótka rozgrzewka i pół godziny później początek maratonu. Do startu biegu na moim dystansie miałem jeszcze 10 min, ale przyznaję, że właśnie wtedy miałem pewne wątpliwości czy mój organizm da radę. O wycofaniu się nie było mowy. Na sygnał speakera ruszyła kilkunastotysięczna kolumna biegaczy. Na początku trudno było się odnaleźć w tłumie ludzi, ale po kilku minutach można było już swobodnie biec. Piękna trasa prowadząca przez Nowy Świat, Krakowskie Przedmieście, czy most Świętokrzyski dodawała motywacji podobnie jak zagrzewający do wysiłku przechodnie. Przyznaję, że machający do uczestników tłum przypominał ludzi gromadzących się na trasie pieszej pielgrzymki do Częstochowy, ale to chyba tylko moje spostrzeżenie. Tak więc zająłem 3134 miejsce, co i tak uważam za niezłe zważywszy na ilość uczestników, ale zdecydowanie bardziej dumny jestem z czasu 00:52:49. Tylko o minutę gorzej od Małysza! Moim nowym celem jest przygotowanie się do biegu na dystansie 21 km, bo taki uważam za najbardziej optymalny, no a może kiedyś i sam maraton🙂

Janek

Obserwuj

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.