Tag Archives: autostop

Autostop, autostop!

13 Maj

9 dni. 20 samochodów. 17 mężczyzn, 2 pary, jedna kobieta. 16 osobowych, 4 ciężarowe. 2 500 km. 4 kraje. 8 noclegów.

Obrazek

 

Masa wspomnień.

5 stopni powyżej zera, Nati zakłada rajtuzy (jeszcze bez dziur), za nią z wielkim, ciężkim plecakiem bieży Ewelina. Obie mamy w sobie masę entuzjazmu, bo przecież można wszystko! Ponad 200 drużyn startuje razem z nami z Sopotu do Budapesztu. Para, która jako pierwsza zamelduje się na mecie otrzyma wartościowe nagrody. No, ale nie o nagrody tutaj chodzi.  

Ja i Ewelina, czyli kupa szczęścia. Nie jestem dobrym ‚mapowym’ i nigdy nie pytajcie mnie o drogę. Jednak to ja, jako bardziej zorganizowana część naszej drużyny przygotowałam mapę i plan wydostania się z Sopotu na drogę wylotową do Pruszcza Gdańskiego. I podczas, gdy 400 osób udało się na SKM, my ruszyłyśmy w przeciwną stronę. Za nami jeszcze dwóch naiwniaków. Głupi zawsze ma szczęście, a kiedy jest obok niego drugi taki głupi, to jest ekstra! Pierwszego kierowcy nie złapałyśmy. To on złapał nas. Zatrzymał się i grzecznie zapytał: „Hej dziewczęta! Wywieźć was z miasta?” „Okejos!”. 

Obrazek

Kierowcą okazał się być bloger http://autostopem-przez-zycie.pl/ (Swoją drogą, Jego rady okazały się być bardzo praktyczne. Niestety przeczytałam je dopiero po powrocie:P) Przemek podwiózł nas pod same bramki na autostradzie, mimo, iż spieszył się na obiadek do swojej babci. A ona na pewno nie mieszka przy bramkach:P  Był pierwszym człowiekiem, który pokazał, że kurde, fajni ludzie są na tym świecie! Trzymam kciuki za Twoją kolejną podróż! =) 

Przemek rzucił nam w drodze kilka ważnych porad:

– NIGDY NIE ŁAPCIE STOPA NA AUTOSTRADZIE!

– no pewnie, że nie. Oczywiście. Tak. Yhy.

– I pamiętajcie: jeśli ktoś jedzie tylko 20-70 km dalej, nie wsiadajcie. 100-200 km to minimum.

-no pewnie, okej. dzięki. zapamiętamy. jasne! 

5 minut później. Bramki. Natalia dostaje depresji, bo przecież zimno jej w tych czarnych rajtuzach.  Zatrzymuje się samochód z ludźmi zajaranymi przygodą Międzynarodowych Mistrzostw Autostopowych. 

-Dziewczynki, jedziemy tylko do Starogardu (30 km).

-Okej! Może być! Wsiadamy!  

20 minut później. ŚRODEK AUTOSTRADY. Samochody pędza 140 km/h. Zero miejsca do zatrzymania (z resztą, kto nas zauważy jadąc z taką prędkością…) 17 km do najbliższej stacji. Dlaczego nie posłuchałyśmy Przemka??? 

Kolejna depresja Natalii, która przemienia się w radość, kiedy zatrzymuje się kolejny samochód. Psychoza maniakalno-depresyjna czy coś?

Obrazek

Docieramy do Torunia z facetem, który ratuje swojego kolegę. Stamtąd docieramy do Piotrkowa Trybunalskiego, pierwszym naszym samochodem ciężarowym. Wieziemy HEMOGLOBINĘ. Taka sytuacja. W Piotrkowie Ewelina zaczepia miłego Pana, mówiąc:

-Dzień dobry. A dokąd to Pan jedzie?

-Do Częstochowy, a co?

-A możemy z Panem?

– o.O 

I tak spędzamy miło czas z Panem, który jest rozemocjonowany tym, że mijamy drużyny łapiące gdzieś po drodze stopa.

-Pierwsza dziesiątka! Na pewno! Wygracie! O boże, następni. Widziałyście, stali tam!!! Hahhaha, a wy już tutaj! 

Miły Pan załatwia nam przez CB radio transport do Katowic. Aha, zapomniałam dodać, iż wiozłyśmy mięso do Tesco.

Pan Janusz. Niewątpliwie jeden z najwspanialszych kierowców! Nawet dałyśmy mu piernika w emocjonalnym uniesieniu, a on wcale nie był dla niego.

Wiozłyśmy z nim 15 000 butelek wody do Biedronki oraz otrzymałyśmy w darze całą zgrzewkę. Niestety musiałyśmy odmówić, ze względu na brak miejsca w plecaku. Ale co wypite to nasze. No właśnie. Za dużo wypite. A my ostatni raz siku w Piotrkowie robiłyśmy. 

Katowice. Pan Janusz bardzo się starał, ale nikt dziewcząt z Katowic do Bielska Białej zabrać nie raczył. Tak więc czas opuścić miłego Pana i szwędać się po okolicznych drogach szukając transportu. 

– O nie. Nie wypuszczę was, póki nie znajdę wam bezpiecznego transportu. Jedziemy do Rudy Śląskiej i tam kogoś znajdziemy.

Ruszamy więc do magazynu biedronki, gdzie z całej Polski przywożony jest towar, a stamtąd rozwożony do małych biedroneczek. Strażnik ostrzega: 

– Was tutaj nie ma. Jest tylko kierowca, a Wy siedzicie w środku i się nie ruszacie.

– Okej, dobrze. Oczywiście. Rozumiemy. Zaczekamy.

Tak. Zaczekamy.I tak nachodzi mnie refleksja, że ludzkie potrzeby są tak proste. Albo to pić chce, albo jeść, albo spać. Więc wychodzę. Patrzę. „O jezusie”- myślę. Parking-widzę. Wielki. I wszędzie lampy. I kamery. I strażnik. I ja, której tutaj nie ma, bo przecież nie mogę tutaj być. I moja wielka potrzeba. Zakradam się w ciemny zaułek (no, okej. może nie tak bardzo ciemny, bo przecież te LAMPY!) i…

Wracam do ciężarówki. Z wielką satysfakcją oświadczam, iż tak: udało się! Zrobiłam to! Moja najprostsza potrzeba zostaje spełniona. A ile przy tym satysfakcji. Przecież w Piotrkowie ostatni raz siku robiłam.

Ps. Ewelina też się złamała. A strażnik nas nie złapał:D

Czas na kolację. Pyszne rurki z  kremem. Omnomnom. (Taki tam dietetyczny odpust, który trwa do dzisiaj). Czekamy na kolejnego kierowcę. Jedziemy z nim, super ekstra wypasioną ciężarówą. Najwyższy standard. I wieziemy produkty do Biedronki. 

Obrazek

 

Nocujemy pod namiotem, w pięknej góralskiej wiosce. Postanawiamy wstać wcześnie i ruszyć rano w drogę. Wszystko idzie zgodnie z planem, oprócz wczesnego wstania i ruszenia w drogę. Godzina 16, koniec chodzenia po górach i zajadania się pysznymi ciastami, ofiarowanymi nam w darze. Ruszamy piechotą i trochę rowerem z jednej małej wioski, do drugiej, by przedostać się do troszkę większej wioski, bezpośrednio prowadzącej na przejście graniczne ze Słowacją. Pokazujemy panu, iż nie ma włączonych świateł. Zatrzymuje się i zabiera nas do Milówki. Wychodzimy i wyjmujemy tabliczkę: ZWARDOŃ. Nie zdążyłam się ogarnąć, kiedy podjeżdża samochód. Otwieram drzwi, chcąc zapytać: „Do Zwardonia?”. Słyszę:

-Dziewczyny, jedziecie może do Budapesztu?

– o.O

Oczywiście jechałyśmy. Z przemiłym chłopakiem jadącym po znajomych na lotnisko. W dodatku posiadającym niebywały zasób wiedzy o krajach słowiańskich i zatrzymujący się w małych miasteczkach, po to, by pokazać, że ‚jest pięknie” 

Dotarłyśmy na miejsce o 22.30. Prawdopodobnie byłyśmy w pierwszej 60. lub 70., ale oczywiście nie sprawdziłyśmy. Spędziłyśmy piękne dni w Budapeszcie, gdzie poznałyśmy wspaniałych ludzi (m.in. Ankę, Martę i Michała, którzy okazali się niezawodnymi towarzyszami imprezy i chwilowej bezdomności). Ruszyłyśmy dalej. 

Obrazek

Upał. Moje opuchnięte nogi i włączający się syndrom hipochondryczny. „To na pewno zakrzepica!”

Udaje nam się złapać stopa do Gyor. Bardzo miły Pan. Rozmowny. Angielski? Nie. Niemiecki? Nie. To może rosyjski? Nie. WĘGIERSKI! 

– fohfohown  kcbzjh vfslfb veibk venbkhs hjfihrie jsfierhge osjfieg r jjsf skrjogsks ???

– Yes.

– jeeos irjfir sorhgt gsqafe afafaksgjrogr afojsaogrng?

– Yyyy. No.

– JRfoea aiaasoaj rgojzjakjgroi rsaoajor?

– Maybe. Hi hi. (Czyli nerwowy śmiech).

Ale na miejsce dotarłyśmy. Znowu otrzymałyśmy dar w postaci wody i wywiezienie poza miasto, na drogę wylotową. 

Później małymi kawałkami dotarłyśmy na Słowację, gdzie zaskoczyła nas ciemność. Postanowiłyśmy spać w domku na placu zabaw, ale po ocenie poziomu wygody, doszłyśmy do wniosku, że to nie jest najlepsze miejsce. Znalazłyśmy lepsze. Na polu. 

Kładziemy się spać. Każda z myślą, że ktoś może wejść i coś zrobić. A może dzik, albo szalony rolnik oburzony naszym obozem. Żadna nie mówi drugiej, że się boi. Toć, przecież damy radę! Budzę się słysząc krzyk Eweliny:

– AAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA!!!

Więc reaguję, jak na odważną dziewoję przystało:

– AAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA!!!!!!!!!!!!

Więc krzyczymy sobie tak razem, kilkadziesiąt sekund. Aż wreszcie pytam:

– CO jest? Co się dzieje?

– Nic. Coś mi się musiało przyśnić.

Rano docieramy do Bratysławy. Tam spotykamy Słowaka i Włocha, którzy noszą nasze ciężkie plecaki. Pokazują mapę i zabierają na piwo i piłkarzyki. Zwiedzamy Bratysławę trzy godziny w pubie, przy piwie i kanapkach. Przecież w ten sposób poznajemy ich kulturę. 

Obrazek

Potem oglądamy miasto. Całkiem fajne. Jemy lody. Całkiem dobre. Spotykamy naszych Polaków, poznanych w Budapeszcie. Całkiem fajnych. Jemy hanuszki (?). Całkiem kiepskie. Pijemy piwo czeskie. Całkiem dobre. I ruszamy dalej. Całkiem dalej. Całkiem obżarte. Całkiem bezkosztowo. Całkiem fajnie. Z NAPRAWDĘ fajnymi ludźmi.

Udaje nam się dotrzeć do Brna. Ale tylko na autostradę. A że miękko, fajnie, trawa, zielono- to postanawiamy spać. Rozbijamy namiot. Ale jakoś głośno jest. Nie wiem. Może dlatego, że ta piękna miękka trawka otoczona jest z każdej strony autostradą? 

Obrazek

Rano łapiemy transport do Pragi. Zatrzymuje się facet. Niemco-węgro-rumun. 

-Olejcie Pragę. Jedźcie ze mną do Berlina!

– Ok.

Więc olewamy i ruszamy do Berlina. Kilka godzin i jesteśmy na miejscu. Z racji tego, iż Budapeszt pochłonął nasze telefony i dowody osobiste nie mamy z nikim kontaktu od paru dni. Zgubiłyśmy też w górach mapy, adresy i takie tam pierdołki, więc nie wiemy, gdzie mieszka Daria, którą to w Berlinie odwiedzamy. Szukamy dostępu do Internetu. Ostatecznie znajdujemy, udając chętne do zakupu tabletów. 

Wszystko się udaje i trafiamy do Darii. Śmierdzące i głodne. Pożeramy wszystko, co znajduje się w zasięgu wzroku. Przerażona Daria wpada w różne dzikie szały wściekłości, ale i tak ją kochamy. 

Spędzamy dwa dni w Berlinie, gdzie średnio nam się podoba. I te ceny z kosmosu! 

Obrazek

W sobotę wracamy do domu. Łapiemy na kartkę: POLSKA. Lecim na Szczecin.

Zatrzymują się ludzie. Pytam: dokąd? Odpowiadają: do Polski! Kontynuuję: ale gdzie dokładnie? 

– Do Gorzowa! 

A to poczekamy jeszcze. Mamy dużo szcześcia, a Gorzów średnio nam po drodze. Trzy minuty później siedzimy w samochodzie do Szczecina. Na miejscu jemy loda. Wreszcie za PLN! =D

Czekamy na parkingu, w ręku trzymając kartkę WAŁCZ. ‚Średni to pomysł’ myślę. Pytamy parę siedzącą w aucie:

-Dokąd jedziecie?

-Do Gdańska. A dokąd chcecie jechać?

– Do Chojnic.

-Hmmm.

Chłopak wpisuje nazwę miejscowości w GPS, po czym mówi: 

– Okej. To tylko 70 km więcej. Wsiadajcie.

Ludzie są wspaniali. A my całe i zdrowe wracamy do domu, gdzie czekają na nas wściekli rodzice. Bo przecież nie było z nami kontaktu. Oj tam. Cejrowski też podróżuje bez telefonu 😉 

We wrześniu ruszamy w dalszą drogę. Tym razem na dłużej.

 

 

Reklamy

Fenoloftaleina

22 Kwi

„Tylko jedna chwila jak fenoloftaleina zabarwi dzień..”. U mnie jest jej baaaardzo dużo:) Wiele osób (a w szczególności jedna), powtarza mi, że powinnam się częściej uśmiechać. Wiem, że wyglądam wiecznie jak naburmuszona feministka, ale uśmiecham się tylko wtedy, kiedy naprawdę mam ku temu powody. A z dnia na dzień jest ich coraz więcej. Przede wszystkim wreszcie mamy wiosnę i mogę pędzić mym rowerem po Toruńskich ulicach (i chodnikach też. Przepraszam wszystkich pieszych, ale naprawdę myślę, że łatwiej jest przesunąć się odrobinę, niż mieć mnie na sumieniu, kiedy rozjedzie mnie rozpędzony samochód). Rower sprawia, że się uśmiecham. Może wyglądam głupio, gdy tak pędzę z bananem na gębie, ale myślę tylko o tym, że ludzie w samochodach narzekają na korki, piesi na ból łydek, a ja sobie wciąż pędzę i pędzę. No, okej. Myślę też o tym, czy na pewno mam powietrze w oponie. Taka fobia z dzieciństwa.

Obrazek

Elegancka Rowerowa Masa Krytyczna. Toruń, 2013.

Tak więc, gdy budzę się rano i widzę kolorowy pojazd prawie w moim łóżku to także się uśmiecham. A w ubiegłą sobotę, tj. 20.04 wybrałam się na Elegancką Rowerową Masę Krytyczną. Oczywiście nie mogło mnie tam zabraknąć! Pogoda dopisała, ludzie ubrali naprawdę eleganckie (bądź oryginalne) stroje i zabrali ze sobą pokłady energii i dobrego humoru. Ja na tę specjalną okazję wykorzystałam po raz drugi mój sylwestrowy strój w stylu lat 80.  znaleziony w sklepie z używaną odzieżą. Był naprawdę kiczowato- elegancki =) I nie dziwię się ludziom, którzy wybuchali śmiechem i spoglądali dziwnie na grupę osób wyruszającą spod akademików. Jaskrawo-różowa dziewoja w kostiumie nie z tej epoki, elegancka dama w kapeluszu a za nimi polski żołnierz i jego towarzyszka, od góry do dołu przyodziana w moro.Obrazek

Wszystko byłoby okej, gdyby nie fakt, że szczęka mnie bolała od ciągłego uśmiechu. NATURALNEGO! Towarzyszyła mi Ewelina, czyli ‚Pani z mediów”, która rozbrajała wszystkich swoim zacnym uśmiechem. 500. Tylu ludzi przejechało 14 km ulicami Torunia. Wszyscy pokazali, że można w inny sposób spędzić sobotę. I udowodnić, że naprawdę jest NAS wielu. I będzie coraz więcej! =) Tylko kierowcy samochodów jacyś tacy ponurzy. (Sama jestem posiadaczką prawa jazdy i uwielbiam jeździć autem, zwłaszcza terenowym, ale ja sobie przynajmniej śpiewam piosenki, kiedy jeżdżę. Wyglądam idiotycznie, ale na pewno nie ponuro:)).

Obrazek

źródło: http://www.obserwatortorunski.pl

Międzynarodowe Mistrzostwa Autostopowe. Sopot-Budapeszt 2013.

Kolejny powód do radości, czyli nasza autostopowa podróż! Punkty, które odwiedzimy to: poczynając od Kaszub – Brusy; Trójmiasto, cała Polska poprzez Pomorze, aż do uroczej górskiej miejscowości. Słowacja i Węgry. Tam skończymy naszą ‚konkursową część” i wyruszymy dalej odwiedzając Bratysławę, Brno, Pragę i Berlin. Stamtąd postaramy się dotrzeć w jednym kawałku na Kaszuby pokazać się Babci Jadzi, która twierdzi, że „oni cię tam ‚porwią’ w tej Europie”. Pożegnamy się z Kaszubami i postaramy dotrzeć na poniedziałkowe zajęcia. Jeśli się nie uda, nie szukajcie nas. Na pewno gdzieś tam, znalazłyśmy prawdziwe szczęście:P Albo okej. Lepiej szukajcie, bo Babcia Jadzia dużo wie.

Obrazek

Zrywam z Shaunem

Na moje szczęście (lub nieszczęście) na krótko. Ze względu na majówkowy wyjazd, jestem zmuszona odpuścić na 10 dni treningi. Tak więc moja przygoda z Shaunem nie zakończy się 12.05 a w moje urodziny (o jezusie, znowu? o.O).

Obrazek

A na dokładkę niezastąpiony Tom Waits, śpiewający piosenkę, która jest mi szczególnie bliska.

http://www.youtube.com/watch?v=KRfNj2njwTg

Do zobaczenia!

Natalia.